Nie przeszkadzać. Nie pomagać. Nie wzdychać.
Zakładki:
ABC Otwartej, czyli a - airway, b - breathing, c - circulation:
Jak mnie nie ma, to znaczy, że prawdopodobnie piję kawę w kawiarni i szperam gdzieś tutaj:
Moi Czterej Mousquetaires to:
Tu zaglądam i zostaję na dłużej:
Wdech-wydech, ręka na pulsie:
Wzruszam się i bardzo głęboko zamyślam, wstrzymuję oddech:
Zawsze, jakiekolwiek, teraz, wszystkie, dla mnie, duuużo, najładniejsze, na każdą okazję:
Zmysł smaku - jedzenie bywa dla mnie substytutem podróży:
Zostaw wiadomość:
Kominek
niedziela, 06 września 2009
Maciek nad Maćkami

- Tam ktoś jest - Champion wskazuje brodą starszego mężczyznę w stadzie burych gęsi drepczących wokół jego nogawek. Wyskakuję z samochodu i wołam:

- Szukamy Pana Macieja.

- Mnie - odpowiada facet, który wygląda bardziej jak parobek niż milioner. Spodziewałam się... sama nie wiem, czego się spodziewałam. To kolega i rówieśnik moich rodziców, a szukamy go, żeby zapytać o wakacje w folwarku konnym, który prowadzi jego córka.

- A ja jestem... hmmm, pana żona i moja mama studiowały razem. To jest Champion, mój brat. Ja jestem Magda.

To jeden z tych znajomych rodziców, co zawsze pamiętają mnie jak nosiłam dwie kitki. A Champion był taki, o taki - pokazują do kolan. Tymczasem Pan Maciej patrzy na Championa i wyciąga z pamięci inne wiadomości - kiedy to było? dwa? trzy lata temu? - wtedy Champion miał wypadek, a teraz wygląda tak dobrze, śladu nie widać. Jak mama? A tata? Żniwują? Sieją rzepak?

- A ja jestem Magda - powtarzam głośniej. Rzepak rzepakiem, ale głównie chodzi o to, że ja i Anka desperacko chciałybyśmy jeździć konno.

- To ja już wiem, że jesteś Magda. - Pan Maciej odpędza mnie jak muchę uprzykrzoną i wraca z Championem do tematu kombajnów. Ponoć te nowe są za ciężkie i zapadają się w błocie, a stare bizony były lekkie, stąd mogą na pole wjechać wcześniej po deszczu i więcej żniwować - Słuchaj, Champion, a Tata ma już jakieś John Deere'y z GPSem?

- W sprawie GPSu... gdzie konie? - mucha brzęczy bezczelnie.

***

Stadnina jest olbrzymia i przepiękna. Stare folwarczne budynki połączono z nowymi stajniami, nad którymi nadbudowano pokoje hotelowe dla jeźdźców. Jest małe zoo z kozami, strusiami, są króliczki i ostronosy. Wokół cisza ciemnozielonych lasów, szum świerszczy, brązowa wielka Warta. Na dachu stajni gniazdo bocianów i wszędzie w powietrzu zapach koni, zapach dmuchawców, zapach wygrzanych w słońcu mokradeł. 

- A kombajnista latem jeździ, a zimą jest tu stolarzem - kończy Pan Maciej - Przywieź córkę zaraz jak wróci z Anglii. Za tydzień. Zostań do dożynek.

***

Odpoczywam. Opieram się o płot i patrzę na Ankę w błękitnym toczku podskakującą rytmicznie na czarnym Kleksie. Po śladzie idzie wysoka Morfinka, Cynamon, czarna Tamiza, Melodia i mały szary Bobek z piegami na zadzie. Moja komórka znów traci zasięg i wtedy myślę, że znika długość i szerokość geograficzna.

Nie mam pojęcia, czy siedemset hektarów dużo czy mało dla rolnika, ale wiem, że jak wieczorem wracam ze spaceru, przyjemnie bolą mnie nogi i czuję, jak oddycham. Chodzę w niebieskich kaloszach. O makijażu nie pamiętam. Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio piłam kawę.

- Na piechotę łąkami doszłam aż do Warty. Kompletna pustka, bocian stał na łące, podniósł łeb i na mnie patrzył. Słyszałam dzięcioła i widziałam jednego z tych ptaków, co dostojnie se krążą i nagle pikują prosto w szarą myszkę. A ten, no... Pana pies... ten... Fafik... biegł ze mną, ale potem przypomniał sobie o żelazku chyba, bo w te pędy wrócił.

- Nazwałabyś wyżła - Pan Maciej unosi brwi zza gazety i pokazuje palcem na psa o rysach czysto encyklopedycznych - Fafik? FA-FIK??? Tyś jest nie do wytrzymania!

- A nad rzeką się wystraszyłam - ciągnę dalej ścigając się z Anką w jedzeniu pierogów - Ciszy chyba. Pustki. Za duża pustka. Tylko wielka rzeka i cisza i żadnej żywej duszy. Własny oddech słyszałam. No cisza taka, że jakby kto mnie tam zamordował i wrzucił do Warty, to by nikt mnie nie znalazł. Pięknie tam, ale biegiem wracałam, tak się bałam. Za cicho było. Ktoś mógł nagle wyjść z krzaków.

- Tyś w tej Anglii kompletnie zdziczała!!!

***

Wieczór. Rozpalamy prawdziwe ognisko i pan Maciej dramatycznie utwierdza się w przekonaniu, że nie odróżniam słomy od siana. Dławiąc się dymem marnie próbuję odpyskować, że nie pamiętałam, co przynieść. Coś suchego ze stajni... na es.

- Jedziemy?

- Jedziemy - wciągam bluzę. Anka zostaje z obozem jeździeckim na swoim pierwszym ognisku z pieczeniem kiełbasek. W pewnej chwili za głośno pomyślałam: czy ja powinnam z nią zostać? Bo to jej pierwsze ognisko... bo Pan Maciej łapie się za głowę: Dajże spokój dzieciakowi, niech pobędzie z normalnymi ludźmi!

Jedziemy. Znaki drogowe wzdłuż drogi bez asfaltu. Za chwilę zobaczę dwa pałace.

 ***

Stanisław Mycielski? Herman Kenneman? Nie kojarzę. Ale Hakatę tak. Rozmowa toczy się wartko o historii Wielkopolski, o mogile powstańców z 1848 roku, o renowacji, konserwatorach zabytków, o piecach kaflowych, które trzeba będzie sprowadzić aż z Wilna. Przede mną pośród drzew pojawiają się białe kolumny i skruszałe gdzieniegdzie schody, puste okna, z których brzózki wystają. Od pierwszego wejrzenia - kocham.

Pałac trzydzieści lat marniał bez dachu po tym, jak przestał być ośrodkiem wypoczynkowym jakiejś spółdzielni czy jakiegoś związku. Dach już jest, czterometrowe okna mają niedługo przyjechać z Niemiec. W otaczającym parku jest mauzoleum, które podpierają pnie parkowych sosen. Patrzymy na plan, na którym ktoś czerwonym flamastrem zaznaczył pion malutkich pokoi - wyraźnie jest miejsce na windę. Dom spokojnej starości - podnosi głowę Pan Maciej, a ja patrzę z niedowierzaniem. Czy to się w Polsce przyjmie, że ludzie na starość będą chcieli nie sami lub z dziećmi, ale w pałacach? SPA - rzucam - bo obok jest folwark konny, a z drugiej strony cudowna cisza.

- A widzisz. Tutaj kiedyś był podobno zakład wodoleczniczy, drewnianymi rurociągiem ściągano wodę ze źródeł na wzgórzach... W 1831 roku był tu u Stanisława Mycielskiego Adam Mickiewicz. Ten tamtemu pokazywał zgliszcza spalonego pałacyku Radomickich we wsi obok. A sam Mickiewicz spał wtedy w pałacu u Hieronima Gorzeńskiego tu zaraz w Śmiełowie. 

- Ten Mickiewicz?

- Mycielski to Hrabia Horeszko.

- Dobry Boże!

To musi na siebie zarabiać, żeby żyć - mówi troskliwie właściciel odrapanych ścian, o które opieramy się wchodząc, aż nagle kończą się schody - Pokombinować trzeba, bo pokoje coś za małe, żeby wstawić w nie łazienki i trza myśleć inaczej.

***

Wzrok powoli przyzwyczaja się do ciemności. Piwnice mają sklepienia lepsze niż niejeden kościół - ... niedawno odnalazł mnie jakiś potomek Władysława Taczanowskiego i pisze, że chce przyjechać, zobaczyć dwór, bo to kiedyś do jego rodu należało. Nie chce odkupić, nie ma za co. Ale chce zobaczyć, bo stąd jego rodzina.

Mhm - mruczę.

Profesor jakiś - dopowiada na schodach Pan Maciej.

Mhm - zastanawiam się, ile bym dała za to, żeby móc to miejsce urządzać. Zostać tu na zawsze, natychmiast posprzątać, zamieść tę podłogę, stawiać mury, szkicować wzory na barierki, malować ściany i dobierać starannie zasłony, wieszać żyrandole i obrazy, przestawiać meble. Zapełnić piwnice i spiżarnię, widzieć siebie w lustrach, a wieczorem zapalić lampę z pięknym abażurem i zasłuchać przez moment, jak w tle ktoś stroi czarne forte piano...

Taki z niego profesor, jak z koziej dupy trąbka - włazi w gumowcach Pan Maciej - Ci powiem. Żeby tyle lat czekać na taką wizytę.

Odwracam się z uśmiechem. Nie dość, że połknęliśmy tego samego bakcyla, to - nie wiadomo skąd, bo przecież ja nie znam się na rzepaku - mamy tę samą nadwrażliwość. Jego nadwrażliwość jest bardziej przaśna, a mój język bardziej pogryziony.

***

- Danka, ona chciała niektóre pokoje przerabiać na łazienki i wanny poustawiać na środku! Z nią by nie wytrzymał!!! - podsumowuje Pan Maciej.

- Niuniuś... Niuniuś to ostronos, ulubieniec Macieja - wyjaśnia jego żona, która obeszła właśnie gospodarstwo - musiał coś zjeść i mu zaszkodziło. Siedzi coś osowiały taki. Maciej, zadzwonisz po weterynarza?

- Niuniuś? NIU-NIUŚ??? - morderczo wbijam wzrok w plecy Pana Macieja.

Zza drzwi dochodzi do mnie jak echo: '... nikt nie wytrzymałby z taką!!!"

 ***

Najpierw dożynki powiatowe, potem zaraz we wrześniu ślub córki ("chyba że chłopak ucieknie"). I potem niech Pan robi te pałace - poganiam, bez potrzeby zdaje się. Od powrotu do Polski nie spotkałam niczego i nikogo kto by był lepszy od Tate Modern, a Pan Maciej jest tym, czego mi brakowało. Wielki Polak z Rozmachem. Z wyobraźnią, z odwagą. Nietuzinkowy, a jednocześnie swój, swojski, prosty. Wielki i bliski. Ma ziemię za paznokciami i pewno "Pana Tadeusza" na stoliczku nocnym. Więcej nie powiem, bo dowiaduję się, że "tylko głupiego trzeba chwalić, mądry wie, że dobrze robi".

- Wszystko ma swój czas - z pokorą rolnika żegna mnie Pan Maciej.

***

Kalosze zostawiłam na korytarzu, pachną jeszcze i końmi i błotem. Anki pierwszy dzień w szkole. Lubię wrzesień za rude wino i zapach jabłek. Teraz jest czas owoców. Lada dzień nie będzie już jaskółek w stajniach. Chętnie obróciłabym się teraz w progu i wróciła jeszcze trochę na wieś. Zaraziłam się tam jakimś pięknem, przesiąknęłam spokojem, złagodniałam, zgłodniałam... 

Gdzie jesteś? - dzwoni Champion. Pan Maciej nie żyje. Miał wypadek. 

 ***

Do not stand by my grave and weep.
I am not there, I do not sleep.
I am a thousand winds that blow,
I am the diamond glint on snow.
I am the sunlight on the ripened grain.
I am the gentle Autumn rain.
When you wake in the morning rush,
I am the swift uplifting rush
of quiet birds in circling flight.
I am the soft starshine at night.
Do not stand at my grave and cry.
I am not there. I did not die.
środa, 22 lipca 2009
Zmiana, czyli to samo

Na mojej to-do liście znajdują się zadania zbudowane z samych lekkich i ciepłych emocji: 1) sprawdzić, czy jeśli je muchy, to śmierdzi 2) znaleźć idiotę, 3) salsa czy argentyńskie tango?

Nawet to, że wysiłek przeprowadzki śródkontynentalnej skończył się bezpowrotnie, wyraźnie odczuwam w kościach: kiedy tydzień temu Osobisty Stolarz przysłał mi wielkie regały i szafy wstawione od sufitu po deski dębowe było to wydarzenie spokojne, po którym należało tylko umyć podłogę bez koniecznego zawiadamiania urzędów o jakichkolwiek zmianach z jakiegokolwiek powodu. Reszta życia też tchnie rytmem równego oddechu: w każdy trzeci piątek miesiąca Anka idzie do taty na weekend, a ja wtedy, z tego powodu, niewybaczalnie, niestety, tracę fortunę w księgarni i kupuję sobie różne takie prześliczne wprost w przecenie buty. Moje subaru coraz swobodniej kręci się po rondach. Czasami żarówka się przepala, a czasami nie - w tej sprawie można zadzwonić do taty. W każdy piątek kupuję makaron w Realu, najczęsciej na żądanie potomstwa świderki. Czasami wstążki. Czasami czytam książki i, głupia, płaczę, gdy narrator ma rację. Na kanale sto piętnastym jest zawsze i ciągle Disney Channel, a każdy wręczony z całusem storczyk prędzej czy później (raczej prędzej) mi zwyczajnie padnie.

Zaczęło się normalne życie każdej Otwartej.

Więc nagle... :-)

Dostałam wezwanie do sądu rodzinnego w Polsce, bo ojciec Anki żąda zmian w przyznanych mu kontaktach.

Na razie nie mam z tego powodu wniosków bardziej twórczych niż pytania: czy - skoro tułam się po sądach od 2006 roku (rozwód w Anglii składał się z trzech pozwów: pozew o rozwód, pozew o ustalenie opieki nad dzieckiem, pozew o podział majątku; potem mój pozew o pozwolenie wyjazdu na stałe z Anką do Polski...), czy rzeczywistość porozwodowa jest taka, że ja już do końca życia będę tą słynną Otwartą z pierwszych stron La Wokandy?

I pytanie drugie: czy można komuś zabronić swego rodzaju apelacji, zabronić dochodzenia jego praw, zabronić żądania lepszej sprawiedliwości?

Napisałam odpowiedź na polski pozew, przejrzałam w szafie sądowe sukienki i zrobiłam to, co od wieków robią wszystkie kobiety, gdy w ich ślicznych główkach pojawia się słówko 'zmiana'.

Poszłam do fryzjera.

- Tak samo?

- Nie, nie. Zmieniamy diametralnie. Fryzura taka, żeby pasowała mi do tej piosenki...

sobota, 18 lipca 2009
Teoria względności

Ktokolwiek wie, gdzie się podziewa
Współczucie (wyobraźnia serca)
- niech daje znać! Niech daje znać!

[Wisława Szymborska "Drobne ogłoszenia"]

***

Trochę jakbym siedziała w brudnym i niskim fotelu w gabinecie mojego profesora, z kartkami na kolanach i kubkiem kawy postawionym w szczelinie między wysokimi słupami książek opowiadając mu z przejęciem:   

...dobrodziej, czyli 'ten, który czyni coś dobrego'. Natomiast w symetrycznym słowie złodziej doszło do zawężenia znaczenia i choc na początku - zgodnie z budową słowotwórczą wyraz ten oznaczał każdego, kto czyni jakieś zło - współcześnie oznacza tego, co czyni konkretne zło: zabiera bez zgody i nie oddaje, czyli kradnie.

Tu mój profesor uśmiecha się, ale nie przerywa, bo wie, że ja nie skończyłam tematu, póki nie dopowiem:

...i o ile złodziej ma się dobrze, to dobrodziej prawie całkowicie wyszedł z użycia, nikt już tak nie mówi, bo mało kto czyni jakieś dobro. Podobnie jak nie ma już kołodzieja... i znikł czarodziej. A złodziej został jak wszystkie wyrazy często używane - no i jak to świadczy o ludziach?

- No już dobrze, dobrze - łagodnie uspokaja mnie profesor przekonany, że opanowałam w stopniu bardzo zadowalającym jakiś dziwny zlepek nauk z pogranicza słowotwórstwa i semantyki, etyki i etymologii, antropologii i archeologii wyrazów.

 Puk, puk - zapukałabym dziś do jego gabinetu i stanęła w progu: Dzień dobry, panie profesorze, to ja. Znalazłam współczucie.

- No wejdź, wejdź. Opowiedz.

- Tam się jakoś zawężyło znaczenie i dodano dużo litości i żalu, choc z obu rdzeni wyrazu wynika tylko tyle, że się współ_odczuwa z drugą osobą. Się współ_czuje, czuje razem, czuje to samo, może nawet - u powstania wyrazu - może nawet i radośc...? Nie wiem, po co ta litośc we współczesnym zakresie znaczenia. Kilka dni temu mama namówiła mnie - dodaję -  żebym dała te meble, które przywiozłam z Anglii, a stały u mamy w garażu, no więc żebym je oddała kobiecie z czworgiem dzieci, której cały dobytek się spalił. Czułam, że powinnam, ale współczułam z nią najbardziej, gdy mama powiedziała, że były mąż tej kobiecie groził, a potem podłożył ogień.

Współczułam... Wiedziałam, że ona teraz musi stanąc na nogi i pokazac, że sobie poradzi. Niech ma - moje włoskie kanapy, moją bezszronową lodówkę, wycałowaną inteligentną superpralkę... Żadnej litości nie czułam nad nią, tylko dużą chęc udowodnienia, że żaden eks-mąż nas nie zniszczy. Gdyby jej dom spalił się od spięcia w lampce nocnej, przez piecyk czy od żelazka, to bym z nią tak nie współczuła - czy to nie straszne?

- No już dobrze, dobrze - łagodnie uspokaja mnie profesor od historii ważnych znaczeń.

***

Bóg, czyli Względnośc miłosierdzia

Ta histryjka jest bardzo krótka i niezawiła; zawiera tylko osnowę, pytanie i morał.

OSNOWA: Psalmista powiada o Bogu (Ps. 136, 10.15): który poraził Egipt z jego pierworodnym; albowiem na wieki miłosierdzie jego. I wyrzucił Faraona  wojskiem jego w Morze Czerwone; albowiem na wieki miłosierdzie jego.

PYTANIE: Co myślą Egipt i Faraon o miłosierdziu Boga?

MORAŁ: Miłosierdzie i dobroczynnośc nie mogą byc dla wszystkich. Używając tych słów, dodajmy zawsze: dla kogo. A kiedy czynimy dobroczynnośc narodom, pytajmy je również, co myślą na ten temat. Przykładem Egipt.

[Leszek Kołakowski "Bóg czyli Względnosc miłosierdzia", z tomu "Klucz niebieski albo Opowieści budujące z historii świętej zebrane ku pouczeniu i przestrodze" Warszawa 1990, s. 127.]

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83